z miłości do książek…
czwartek Marzec 23rd 2017

Treści własne

Archiwa

USA

Przez jakiś czas byłam nieobecna na blogu, miało to związek z organizowaniem oraz moją podróżą do USA, oraz planowaniem kolejnego wyjazdu, ale to na razie tajemnica…

Zapraszam na mój instagram (wystarczy kliknąć w guziczek z prawej strony ), tam znajdziecie fotorelację z podróży. USA mnie urzekło totalnie, tak jak byłam nastawiona mało pozytywnie do wyjazdu i podróży po stanach, tak zostałam kompletnie wciągnięta, wessana, zakochana – na pewno tam wrócę. A miejsce, które zrobiło na mnie największe wrażenie do tej pory to Niagara Fall’s, widziałam i po kanadyjskiej i po amerykańskiej stronie.. Cud natury, żywiołu i piękna. Przez ten czas zwiedziłam trochę, parę miejsc, parę stanów, przejechane kilka tys km, rekord to prawie 20 km przechodzone na nogach (padł w Waszyngtonie). To kraj pięknej przyrody, czego się kompletnie nie spodziewałam, wspaniałej, dzikiej natury. Cudownych miast, gdzie stare miesza się z nowym, pełne smaków, kolorów i wspaniałych, pozytywnych ludzi. Polecam, będziecie chcieli tam wrócić!

„Małe życie – A little life” – Hanyia Yanagihara

Mam taką tendencję od kilku miesięcy, że czytając książkę (zwłaszcza takie opasłe tomiska, jak ten) robię zdjęcia –  cytatom, stronom, które chciałabym zapamiętać. Po przeczytaniu „Małego życia” jest ich sporo, co prawda książkę czytałam kilka miesięcy temu, ale właśnie dzięki tym zdjęciom pamięć o bohaterach jest ciągle żywa.

„A little life” czyli „Małe  życie” Hanyi Yanagihary jest bardzo przewrotną książką. To niby lekka historia czwórki przyjaciół opowiedziana przyjemnie, lekko, do tego zanurzona w cudowny klimat Nowego Jorku. To historia piękna, ale do tego bardzo trudna  i ogromnie wzruszająca. Historia męskiej przyjaźni, gdzie praktycznie nie ma miejsca dla kobiet, historia singli. Mnie poruszała na każdym kroku, bardzo ją przepłakałam, to mocno rozbijająca emocjonalnie książka. Mamy tutaj wszystko: miłość, przyjaźń, seks, przemoc, uzależnienie (w każdej postaci), ból i chorobę, i mogłabym tak jeszcze wymieniać, ale obiecałam sobie, że nie będzie spojlerów, zatem na tym kończę, cytatem skończę, jednym z wielu zapamiętanych.

I jeszcze na koniec proszę, niech Was nie  przeraża ilość stron – z każdą następną, przeczytaną – wciągnie Was bardziej, mocniej i głębiej. To jedna z piękniejszych książek jakie dotychczas przeczytałam, mocna, dająca w kość czytelnikowi. Bardzo, bardzo dobra – warta  każdej minuty spędzonej na czytaniu, i każdej wylanej łzie, i każdemu uśmiechowi  jaki pojawił się przy lekturze, i każdej refleksji jaką wywołuje. Po prostu zacznijcie czytać, a nie oderwiecie się – zaręczam.

„ Teraz nie zrozumiesz tego, co ci mówię, ale kiedyś zrozumiesz: cała sztuka z przyjaźnią polega na tym, żeby znaleźć ludzi lepszych od siebie, nie inteligentniejszych, nie bardziej cool, ale lepszych, serdeczniejszych i bardziej wybaczających, a potem szanować ich za to, czego mogą cię nauczyć, i słuchać ich, gdy mówią ci coś o tobie samym, choćby i najgorszego… albo i najlepszego, to się zdarza; i ufać im, co jest najtrudniejsze ze wszystkiego.

Ale też i najlepsze.”

„What if? – A co, gdyby?” – Randall Munroe

What if? A co, gdyby?…

Książka to zbiór odpowiedzi na hipotetyczne pytania zadane za pośrednictwem strony internetowej Randall’owi Munroe. Autor jest znanym rysownikiem komiksów, jest również przede wszystkim, fizykiem i wieloletnim pracownikiem działu robotyki NASA.

Pytania są fantastyczne a autor do każdego z nich podchodzi z ogromną dozą profesjonalizmu, starając się udzielić wyczerpującej, popartej naukowymi dowodami odpowiedzi. Wszystko przedstawione jest w sposób niezwykle przystępny, nie są to długie wywody, zaś autor w poszukiwaniu idealnej odpowiedzi sam bardzo często poszerza pytanie i odpowiada z wykorzystaniem wszystkich możliwych wariantów. W poszukiwaniu pełnej odpowiedzi podpiera się badaniami, publikacjami naukowymi, niejednokrotnie prosi o pomoc doświadczonych badaczy. Wszystko okraszone jest niezwykle inteligentnym dowcipem oraz prześmiesznymi rysunkami, bo przecież głównie z tego autor (dla większości czytelników) jest znany.

Zatem jeśli macie ochotę dowiedzieć się, co się stanie z wami gdybyście pływali w basenie z wypalonym paliwem jądrowym; bądź kiedy na Facebooku będzie więcej profili zmarłych ludzi od tych żyjących; czy z jakiej wysokości trzeba by upuścić stek, aby w chwili uderzenia o ziemię był usmażony (z opcją upadku w atmosferze i bez, oraz czy wytrzyma przejście przez barierę dźwięku – i dlaczego) no i z jakim prawdopodobieństwem spotkamy swoją bratnią duszę i dlaczego jest to praktycznie niemożliwe, to zapraszam do lektury.

Dla mnie osobiście perełkami książki są jednostronicowe rozdziały pt. „Dziwne (i niepokojące) pytania z What if?” – to całe pokłady absurdu, okraszone prześmiesznymi rysunkami autora. Zarówno on, jak i ja, jako czytelnik, jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowości i kreatywności ludzkiego umysłu, bo trzeba być genialnym żeby zapytać np o to, z jaką prędkością musielibyśmy biec, żeby przeciął nas na pół – na wysokości pępka – drut do krojenia sera? Lub czy możemy tak długo płakać aż się odwodnimy? I na koniec moja perełka – czy możemy zatrzymać wybuch wulkanu przez umieszczenie pod nim bomby termobarycznej albo jądrowej?

What if? … :)

moje teksty na stronę internetową Biura Projektów RD

Chciałabym polecić Wam usługi Biura Projektów Rafała Drobczyka. Miałam ogromną przyjemność współpracować z biurem, w ramach prac nad nową stroną internetową firmy, do której napisałam teksty. Panu Rafałowi i całemu zespołowi dziękuję za współpracę i życzę samych sukcesów!


http://www.drobczyk.com/pl/

„Fatum i Furia” – Lauren Groff

„- Byliśmy małżeństwem przez dwadzieścia trzy lata. Nigdy się nie przyznała, że jest dziwką. Ani że mnie zdradza. Albo do jednego i drugiego. Sam już nie wiem, co było prawdą. To chyba ogromne przemilczenie.

-Ogromne jest twoje ego. To okropne, że nie byłeś jedynym mężczyzną w jej życiu. Dziewczyna czyściła twoją ubikację przez dwadzieścia trzy lata, a ty żałujesz jej życia, które prowadziła, kiedy ty znikałeś.

- Okłamała mnie.

- Daj spokój. Małżeństwo buduje się na kłamstwach. Głównie w dobrej wierze. Na przemilczeniach. Gdyby wypowiedzieć na głos wszystko, co myśli się o współmałżonku, można by go zetrzeć na proch. Nigdy cię nie okłamała. Po prostu nie wszystko ci mówiła.”

To przepisany fragment, który sfotografowałam w trakcie czytania, tak bardzo mnie uderzył. Jaki prawdziwy. Jaki brutalny. Jaki szczery. Każdy stał z jednej lub drugiej strony. Każdy może się postawić na którymś miejscu. Każdy związek, relacja ma dwie twarze, dwie strony, dwie historie. W książce autorka porusza historię pewnego małżeństwa – 24 lata razem, jedno wspólne życie i tak naprawdę dwie, bardzo różne opowieści. Zaczyna się bardzo spokojnie – Fatum to relacja mężczyzny, głównego bohatera, dopiero gdy przejdziemy do Furii, czyli tej samej historii opowiedzianej przez Mathilde wszystko stanie na głowie. A może nie stanie? Nic nie jest jednoznaczne, i praktycznie do końca nie wiemy co się wydarzy a sekret goni sekret. Ja nie chciałabym, i nie będę opowiadać fabuły, gdyż książkę należy przeczytać. Barack Obama po jej przeczytaniu napisał: „po prostu umarłem, powróciłem do życia, przeczytałem jeszcze raz i znowu umarłem”. Bestseller „New York Timesa”. Finalista National Book Award, najgłośniejsza powieść 2015 roku.

To przede wszystkim opowieść o relacjach. Relacjach między dwojgiem ludzi. O naszej odmienności, o tym, że czasami zapominamy, że każdego z nas życie inaczej ukształtowało, poprzez wychowanie, szkoły i wszystkie doświadczenia jakie na swojej drodze spotkaliśmy. To historia pełna kłamstw, sekretów, bardzo współczesna, a jednocześnie pięknie podana i nawiązująca do greckiej tragedii (obu częściom książki patronują mitologiczne personifikacje). Próba ukazania odmienności ludzkiej psychiki, o tym jak ludzie chcą, i są ze sobą mimo wszystko, nie patrząc na to co wokół się dzieje. Pięknie ukazana jest różnica postrzegania tych samych spraw, tych samych zdarzeń przez głównych bohaterów, czasami diametralnie różna, tak jak w normalnym życiu się różnimy. To całkiem niezły thriller, w którym czasem ten dobry jest tym złym i na odwrót. Gdzie poświęcenie względem drugiej osoby wcale nie zasługuje na pochwałę (za to w jaki sposób się to odbywa), że związek nie zawsze wygląda tak jak nam się patrząc z zewnątrz wydaje…

„Wieżowiec” – J. G. Ballard / „High – Rise” – Ben Wheatley

Wyobraźcie sobie wieżowiec, monumentalny, nowoczesny, doskonały… Później porównajcie go do człowieka. On żyje, życiem ludzi wypełniających mieszkania, jak krwinki tkankę. Szczyt budynku to umysł a pozostałe kondygnacje to poszczególne jego narządy. Jak każdy organizm może też zachorować, wówczas, jak w życiu, są w stanie przetrwać tylko najsilniejsze jednostki.

W zasadzie mogłabym już zakończyć i nic więcej nie pisać, gdyż uważam, że te parę zdań najlepiej recenzuje książkę J. G. Ballarda „Wieżowiec” oraz ekranizację Bena Wheatley’a „High – Rise”. Pozwolę sobie jednak zachęcić i do książki i do filmu, gdyż jest to kolejna dobra ekranizacja książki.

J.G. Ballarda być może większość (przynajmniej mam taką nadzieję) będzie kojarzyć z głośnej powieści „Imperium słońca” – doskonale zekranizowanej przez Stevena Spielberga, ze świetną rolą Christiana Bale’a – czy książką „Wyspa” lub „Kraksa” (jego najgłośniejsza powieść). „Wieżowiec” pięknie oddaje kierunek w jakim porusza się autor, gdzie antyutopia, czy też może trafniej dystopiczność świata wysuwa się na pierwszy plan. Tutaj tytułowy wieżowiec stanowi symbol człowieczeństwa ale również, zmechanizowania świata oraz znak tego jak łatwo możemy zniszczyć nas samych przy pomocy techniki. Budynek symbolizuje człowieka i jego podziały, tak jak na poszczególnych piętrach ludzie podzieleni są zgodnie z kastami, od najniższej, pnąc się w górę. Całość akcji obserwujemy oczyma trzech głównych bohaterów, z trzech różnych perspektyw. Wszystko na pozór układa się pięknie, za oknami świeci słońce, a w środku budynku trwa sielanka przerywana drobnymi rysami, są one jak pęknięcia na nieskazitelnych ścianach wieżowca. Drobne sprzeczki, animozje, pogłębiające się wraz z trapiącym budynek rozpadem i rozkładem (w bardzo dosłownym tego słowa znaczeniu) przeradzają się w rewolucję, a w zasadzie wojnę domową. Brutalną, przepełnioną nienawiścią, bardzo krwawą, gdzie próżno szukać zdrowego rozsądku, ociekającą okrucieństwem, seksem, przemocą, gdzie kazirodztwo, gwałty, spożywanie domowych pupili są na porządku dziennym. I nic nas nie powstrzymuje przed dalszym czytaniem, gdyż wszystko opisane jest w ballardowskim stylu: oszczędnie, ogromnie zimno, bezosobowo, bezpłciowo wręcz. Nie chciałabym tymi ostatnimi zdaniami zrazić potencjalnych czytelników, gdyż ten oszczędny styl doskonale według mnie uwypukla bardzo poważne tematy jakie autor porusza. Dzięki temu jesteśmy w stanie przebrnąć przez książkę, gdyż blokować nas może tylko nasza wyobraźnia.

Film „High – Rise” Bena Wheatley’a jest świetną ekranizacją. Nie epatuje tak okrucieństwem jak książka (choć reżyser bardzo mocno trzymał się pierwowzoru). Jest bardziej, nie wiem jak to określić, chyba najtrafniejsze jest sformułowanie – zimna. Zaczyna się mocnym strzałem (polecam pierwsze minuty), później moim zdaniem nie zwalnia. Mimo, że osadzona w stylistyce lat 70-tych ubiegłego wieku, to bardzo realne i współczesne odwzorowanie społeczeństwa. Jest tutaj przemoc, jest sex, leje się krew a ludzie próbują z całych sił zatłuc się na śmierć. Jest też tutaj dużo refleksji, piękna ukazanego właśnie w tym wielkim wieżowcu, na którego upadek wszyscy czekają. Piękna w tych szarościach budynku, ścian, ubrań i twarzy głównego bohatera. Piękna w próbie przetrwania w tych ekstremalnych warunkach, piękna w próbie dostosowania się do otaczającej rzeczywistości (proszę traktować to metaforycznie). Wspaniała rola Toma Hiddelstona, jako dr Lainga. Jak sam aktor w jednym z wywiadów przyznał grał „szaraka w szarym garniturze”. Jeremy Irons jako Royale, czyli Architekt (genialny twórca wieżowca) oraz trzeci z głównych bohaterów Luke Evans grający dziennikarza Wildera (nieposkromiony buntownik). Trzy perełki, choć dla mnie Sienna Miller jako Charlotte jest brylancikiem wśród tych pereł. Film przypomina (zgadzam się tutaj z opiniami jakie czytałam) retro – teledysk. Psychodeliczna mieszanka obrazu i dźwięku kojarzy się na pewno z genialną „Mechaniczną pomarańczą” Stanley’a Kubricka a piosenkę S.O.S. Abby w wykonaniu Portishead cały czas mam w głowie (genialna!!). Dla pięknej muzyki (polecam soundtrack), dla wspaniałej gry aktorskiej, film polecam. Książka jest moim zdaniem lepsza, ale jest też dla tych którzy lubią i potrafią uruchomić wyobraźnię.

„Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia” / „Beksińscy. Portret podwójny”

„Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia” – Wiesław Banach, Jarosław M. Skoczeń, polecam do przeczytania pierwszą część książki, czyli „Rozmowy”. Jest to wywiad – rzeka z Wiesławem Banachem, któremu jak wiemy artysta powierzył w opiekę całe swoje dziedzictwo (uściślając cały swój dorobek życiowy i artystyczny zapisał Muzeum w Sanoku, którego Banach był dyrektorem). Rozmowy bardzo ciekawe, ale również dość zachowawcze, widać, że szacunek jakim darzy on Beksińskiego nie pozwala mu na opowiadanie, czy komentowanie tych najtrudniejszych, najbardziej kontrowersyjnych tematów. Zarówno ta książka jak i biografia Grzebałkowskiej zawierają mnóstwo zdjęć, również prywatnych, oraz reprodukcji obrazów.

Po tym krótkim wstępie mamy „Dzienniki”. Zbiór autentycznych zapisków malarza obejmujący lata 1993 – 2005. Tutaj mam problem, oceniając to bardzo obiektywnie uważam, że większość czytelników zrezygnuje po kilkunastu/kilkudziesięciu stronach, wytrwalsi przeczytają może więcej. Jest to bardzo, aż boję się użyć tego słowa: prymitywny zapis zdarzeń. Większość stanowią suche opisy pogody, zakupów, ciśnienia, i wszelkich domowych obowiązków z jakimi zmaga się artysta. Jest on dyslektykiem, zatem widać jaką trudność sprawia mu pisanie, sam to podkreśla pisząc, że wpisy później przerabia i redaguje. Subiektywnie, ze względu na moją ogromną sympatię dla Zdzisława Beksińskiego, którego malarstwo cenię od wielu, wielu lat „Dzienniki” są piękne. Piękne właśnie tą czystością zapisu, tym wydzierającym się wołaniem o pomoc, pokazem bezsilności, walki o swoje dobro (konflikt z Dmochowskim stanowi integralną część książki). Pokazuje nam jak bardzo martwił się o syna, ciągle zastanawiając się jak mu pomóc, jak przeżył śmierć żony (najpierw zmarł syn, rok wcześniej popełniając samobójstwo), i jak walczył o przeżycie każdego dnia po tym jak pozostał sam. Ostatni wpis z poniedziałku 21 lutego 2005 roku, z dnia kiedy został zamordowany we własnym mieszkaniu, taki zwyczajny zapis, prosty, jeden z wielu, a jednak ostatni…

Przygodę z historią rodziny Beksińskich zatem proponuję rozpocząć od wyśmienitej książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. Wspaniały zapis życia dwóch arcyciekawych postaci, to saga rodziny, thriller i kryminał w jednym, zaręczam że trudno się od niej będzie oderwać. To mądra książka, obszerny zapis relacji dwóch ekscentryków, ojca i syna. Ojciec – nieufny, a do tego ogromnie łatwowierny, za co płacił w życiu wysoką cenę, ze swoją demoniczną, mroczną, przesiąkniętą seksualnością twórczością. Syn – przede wszystkim egoista, nienawidzący świata i życia, doskonały manipulator, fascynujący swoją osobowością, typ depresyjny. A w tle Zosia, żona, matka, opiekunka obu panów, całkowicie im oddana. Nie chcę opowiadać całej historii ponieważ warto przeczytać książkę, jest to opowieść która nadaje się na scenariusz filmowy, i tak też to się czyta. Autorka opiera historię na rozmowach z bliskimi, współpracownikami, zapiskach, listach, czy dzienniku fonicznym Zdzisława. W moim przypadku przepłakana, refleksyjna, 400 stron poruszenia.

„Gejsza” film z muzyką Tomasza Podgórskiego

„Gejsza” film w reżyserii Radosława Markiewicza z cudowną muzyką stworzoną przez mojego kolegę Tomasza Podgórskiego. Tomek to multiinstrumentalista, kompozytor, współtwórca brzmienia grupy Manasuna grającej mieszankę etno/electro.

Sam film nie jest zły, nie jest też wybitny, ale uwierzcie mi, że widzieliście tak jak i ja dużo, dużo gorsze polskie produkcje. Z założenia miał to być mroczny dramat sensacyjny, szorstki i nie przegadany (niestety dialogi są dość słabe). Rozumiem, że zamysłem twórców było przyciągnięcie do kin dużymi nazwiskami, a goły biust Pani Żmudy – Trzebiatowskiej wywołać sensację, tudzież skandal, jednak ona jest moim zdaniem najsłabszym ogniwem tego filmu. Jej gra aktorska, kwestie sztucznie wypowiadane, do tego jedna, dwie miny którymi ogrywa cały film, są kiepskie. Ani ona kontrowersyjna, ani seksowna (uważam, że każda z nas drogie Panie lepiej zrobi striptiz), a już na pewno nie wzbudziła we mnie żadnego poruszenia, poza oczekiwaniem żeby scena z jej udziałem się zakończyła. Dzięgiel i Zbrojewicz to zawsze klasa sama w sobie, a debiutujący Konrad Eleryk w głównej roli budzi we mnie mieszane uczucia. Film ukradła wszystkim Agnieszka Więdłocha, naturalna, ciepła, dla mnie rewelacyjna. Bardzo podobały mi się kadry, zwłaszcza plenerowe, dobrze na nich ten nasz śląsk się prezentuje. Pokazuje to, że nie trzeba szukać po świecie pięknych miejsc na ujęcia.

Na koniec najlepsze, czyli muzyka i nie piszę tego tylko i wyłącznie z sympatii do Tomka. Ta mroczna mieszanka jazz noir, ambient, minimal techno, neoclassic ze szczyptą awangardy rockowej (choćby majestatyczny utwór przy napisach końcowych z lawiną gitar i jakimś orientalnie zawodzącym instrumentem) podkreśla idealnie klimat filmu: mroczny, brudny, smutny, wywołuje niepokój. Nie jest nachalna, może nie wychodzi na pierwszy plan, ale bardzo wspomaga produkcję i ma w sobie coś zmysłowego. Muzyka siedzi mi w głowie do dzisiaj, jest piękna i poruszająca, i na pewno jest największą wartością dodaną filmu. I dla tej muzyki skomponowanej przez Tomka warto ten film zobaczyć… i posłuchać. Polecam.

http://www.gejszafilm.pl/?page_id=119

„Piana dni”-Boris Vian / „Dziewczyna z lilią”-Michel Gondry

„Był młody. Myślał młodo. Umarł młodo. Jego młodość była wyzywająca i delikatna. Był bezlitosny dla hipokrytów i durniów w każdym wieku.” Tak o Borisie Vianie napisał krytyk literacki, późniejszy redaktor serii jego książek – Nöel Arnaud. Zmarł na atak serca, w wieku 39 lat podczas prapremiery filmu nakręconego na podstawie jego książki „Napluję na wasze groby”, nieudanej ekranizacji, dodam. Muzyk, fantastyczny pisarz, poeta, piosenkarz, malarz, wynalazca, łatwiej napisać czym się nie interesował, dla mnie geniusz. Najbardziej kontrowersyjne książki pisał pod pseudonimem Vernon Sullivan, są one prawdziwymi białymi krukami, nie do zakupienia w księgarniach, poluję na nie w sieci i antykwariatach. Przyznam szczerze, że nie jestem pruderyjną osobą, ale nawet u mnie wywołują rumieniec… podwójny, kiedy pomyślę, że powstały w pierwszej połowie XX wieku, a nie w naszych, wydawało by się, wyzwolonych czasach. Autor nie oszczędza nikogo i niczego – kościół, sex, homoseksualizm, polityka, moralność…

Będzie dzisiaj o „Pianie dni” Borisa Viana, w pierwszym polskim wydaniu przetłumaczonej na „Pianę złudzeń” (niezwykle ciekawy jest wątek ocenzurowania tego wydania, ale to historia na osobny wpis, wycięto np. zwrot „Chrystus mruczał jak nażarty kocur”  w scenie kiedy główny bohater rozmawia z Chrystusem), oraz o filmie Michela Gondry’ego – „Dziewczyna z lilią” nakręconego na podstawie książki. Zarówno książkę, jak i film bardzo gorąco polecam.

Najpierw o książce, bo w końcu od niej wszystko się zaczęło. Historia, właśnie jak ją sklasyfikować? Historia idealnej miłości? Nieszczęśliwej miłości? Dla mnie, to historia akcentująca ulotność, tak jak ulotna jest tytułowa piana, nieważne czy dotyka złudzeń, czy dni. Na przykładzie miłości Colina i Chloe autor pokazuje nam siłę pieniądza, obdziera nas ze złudzeń, dobry czy zły, altruista czy chciwiec, wszystko kręci się wokół pieniędzy. Obnaża nasz stosunek do kościoła, religii i wiary, pięknie ukazując również drugą stronę, czyli jak kościół i księża traktują nas, ich podejście do wiernych (bardzo prawdziwie pokazane według mnie zwłaszcza na samym końcu książki, kiedy główny bohater ustala „warunki” pogrzebu, jakież to aktualne!). Ukazuje jak podmiotowo traktują nas koncerny, jesteśmy nic nie znaczącymi trybikami w wielkich machinach, żyjącymi niejednokrotnie w nieludzkich warunkach. Pokazuje nam, że życie nie jest piękną bajką, i zawsze kiedyś przyjdzie czas na konfrontację z rzeczywistością. A wszystko okraszone surrealną groteską, kolorowe, fantastyczne, nieprawdopodobnie piękne, a zarazem niewyobrażalnie smutne, przede wszystkim jednak ogromnie prawdziwe. Ironia i humor są chyba najmocniejszą stroną powieści sprawiając, że mysz – kaleka, czy 11 ślepych dziewczynek z sierocińca, są całkowicie na miejscu. Autor pokazuje, jak można o bardzo poważnych tematach opowiadać pięknie, a czasem śmiesznie.

A film? – „Dziewczyna z lilią” polski tytuł bardzo oczywisty, gdyż główna bohaterka umiera na nieuleczalną chorobę, w jej płucu rośnie i zakwita nenufar (w oryginale tytuł filmu, jest taki sam jak książki – „Piana dni”) – polecam. Czasami jest tak, że ekranizacja nie zawsze jest w stanie dorównać oryginałowi (patrz początek recenzji – tak tragicznych reakcji jednak nie życzę), tym razem jednak stawiam znak równości, i jedno, i drugie mnie zachwyca. Film wyreżyserowany przez genialnego dla mnie Michela Gondry’ego, to znany twórca teledysków (Bjork, The Rolling Stones, Foo Fighters, Radiohead, The Chemical Brothers, mogłabym tak długo wymieniać), ale też bardzo dobry reżyser, bo kto nie oglądał np. „Zakochanego bez pamięci”? Moim zdaniem ekranizacja jest bardzo dobra, ukazanie tego odrealnionego, bajkowego świata, skąpanego w surrealistycznej grotesce udało się wyśmienicie. Smaczki typu żywy karaluch jako dzwonek do drzwi, czy łapanie pstrąga chowającego się w kranie, pozostaną na długo w pamięci. Na początku piękny kolorowy świat z czasem zaczyna szarzeć, wraz z kłopotami jakie spotykają bohaterów. Kontrast pomiędzy początkiem filmu a finałem jest zaskakujący. Nie mogę nie wspomnieć o aktorach: Audrey Tautou jako Chloe, Romain Duris jako Colin i dla mnie prześmieszny Omar Sy, znany wszystkim z genialnych „Nietykalnych”, jako służący Nicolas – który jest chlubą rodziny, gdyż reszta stoczyła się na samo dno (są profesorami matematyki, czy absolwentami filozofii). Piękny film w bajkowy sposób poruszający bardzo poważne i smutne tematy. Prawdziwy, wizualnie odjechany, fantazyjny, a zarazem smutny, groteskowy, makabryczny – taki jest świat wg Borisa Viana i Michela Gondry’ego, warto przeczytać, i warto zobaczyć.

księgarnia internetowa grupy wydawniczej ZNAK – moje recenzje

Na stronie księgarni internetowej grupy wydawniczej ZNAK, ukazały się dwie moje recenzje. Jedna do „Morfiny” Szczepana Twardocha, druga do „Trupiej farmy” Billa Bassa. Zapraszam do lektury.
Recenzji na stronie szukajcie pod moim imieniem i nazwiskiem – Agnieszka Paździor.


http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,6090,Morfina#reviews


http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3147,Trupia-Farma#reviews

 Page 1 of 5  1  2  3  4  5 »